FANDOM


TDRCambodia(2)


Kambodża, plaża przy Mekongu

Blaineley obudziła się na plaży i zaczęła krzyczeć.

Blaineley: AHHHH!!! Śniło mi się, że dostałam szansę na prowadzenie następnego programu Totalnej Porażki oraz wylądowałam w dzikiej Kambodży z Chrisem i z moim kochanym Szefuńciem!

Krzyki Blaineley zbudziły Chrisa, który wyglądał niczym Joker. Dziwnym trafem zawsze używał makijażu.

Chris: Gdyby to był sen, byłby to jeden z moich największych koszmarów. I wiesz co? Ten koszmar właśnie się spełnił! ;-;

Blaineley: Nie krzycz mi do ucha!

Rzuciła w niego muszelką.

Blaineley: Skoro jesteśmy skazani na wzajemne prowadzenie tego programu, pozwolę ci zacząć.

Chris: No co ty? Tak bez specjalnej charakteryzacji?

Blaineley wskazuje na jego twarz.

Blaineley: Masz ze sobą lusterko?

Poirytowany Chris kiwa głową na tak.

Chris: No pewnie! Myślisz, że takie gwiazdy jak ja nigdy ich ze sobą nie ma…

Nagle Chris widzi swoje odbicie w lustrze, gdzie główną rolę odgrywał jego rozmazany makijaż. Prowadzący zaczął piszczeć niczym mała dziewczynka. Blaineley zareagowała na jego krzyk wielkim śmiechem.

Chris: Ty za to zawsze wyglądasz jak potwór! >:(

Blaineley przewraca oczami, ale nadal się śmieje z Chrisa, który wyglądał, jakby ktoś mu przejechał flamastrami po mordzie. Następnie odgarnęła włosy, przetarła jeszcze raz oczy i spogląda na cudowny Mekong.

Blaineley: Przepiękne miejsce. Jedyny dobry widok, no dobra, jeszcze jest Chris.

Ten zmarszczył brwi. Blaineley zaśmiała się jeszcze raz.

Blaineley: Nieważne już.

Uspokoiła się oraz wzięła głęboki wdech, następnie podrapała się w okolicy nosa. Potem wzięła jeszcze raz następny, głośniejszy oddech i zerknęła wprost na kamerę.

Blaineley: To jak, mogę wreszcie opowiadać, co się działo poprzednio?

Kamera lekko zatrzęsła się.

Brandon: Ty tak na serio? -.-

Blaineley: No tia… znowu ty. ;-;

Westchnęła zrezygnowana. Domyśliła się, że za chwilę Brandon nie pozwoli jej dojść do żadnego słowa. Czekała tylko cierpliwie i wstała, otrzepując piasek z całej siebie. Miejsce było ciche, ponieważ tylko ona, Chris i Szef nie spali. Nie miała w planach budzenia tylu zawodników, którzy znajdowali się niedaleko od niej. Nie przedłużając, Brandon faktycznie na chwilę wyłączył kamerę.


Czołówka

Wracamy z powrotem na Kambodżę, gdzie Blaineley poszukuje czegoś do picia.

Blaineley: Dlaczego nie wzięłam ze sobą prowiantu?! Zawsze go biorę, a teraz nadarzyła się jakaś “przygoda życia”, to oczywiście nie mam ze sobą niczego. Z wyjątkiem telefonu.

Z kieszeni wyjmuje portfel i chytrze się uśmiecha.

Blaineley: Mam za to kartę kredytową i pieniądze. ;)

Wykręciła specjalny numer telefonu.

Blaineley: Ola. Dzwonię z Kambodży. Przynieście mi jakiegoś placka po węgiersku, bo nie wytrzymam.

Rozłącza się.

Blaineley: Pół godziny dla placka? Może zdążę zjeść, zanim ktokolwiek z tych frajerów się obudzi.

Otrzepała się, schowała telefon do kieszeni i widzi Chrisa, który usilnie próbuje nałożyć na siebie makijaż. Jego pędzelek do podkreślania oczu wysechł w trakcie nocy, bo najprawdopodobniej mu wypadł.

Chris: Nie ma tutaj niczego, żebym wrócił do bycia sexy? :c

Chris stanął koło Szefa.

Chris: Szefie.

Podszedł do niego pytającym głosem, Szef się odwraca do niego.

Szef: Słucham.

Chris: Podobam ci się? ;)

Szef czuł się zniesmaczony słowami Chrisa, a następnie wstał, nalał do wiadra wody i oblał lalusia wodą.

Szef: Teraz to jesteś zabójczo przystojny! >:)

Zaczął się maniakalnie i podle śmiać, Chris machnął na niego ręką i poszedł, przy okazji zabijając małą rybę, która plątała mu się na ramieniu. Sprawiło mu to lekki ból, a Szefowi lekką przyjemność.

Szef (do siebie): To oczywiście tylko nagroda i zemsta za to, co ja musiałem znosić przez te wszystkie pierwsze sześć sezonów z tobą w roli głównej.

Szef otrzepał ręce oraz był niezwykle dumny ze swojego małego podstępu. Zdecydował rozejrzeć się trochę po okolicy i widział Blaineley zajmującą się telefonem. Robiła zdjęcia otoczenia.

Szef: Co tam u ciebie słychać, kochanie? :)

Blaineley: Wszystko okej. Trochę się nudzę, ale no wiesz, rutyna i inne sprawy z nią związane.

Szef: Tak.

Blaineley westchnęła. Szef domyślił się, że Blaineley zrobiła coś, czego mogłaby trochę żałować w przyszłości. Ta natomiast szybko zablokowała swój telefon i odłożyła z powrotem.

Blaineley: Zamówiłam sobie placka po węgiersku… Też chcesz?

Szef wzruszył ramionami.

Szef: W sumie to nic nie jadłem wczoraj. Jak będzie na ostro, pasowałoby mi to dużo lepiej.

Blaineley: Taki będzie. Zamówiłam dwa. Wiedziałam, że też będziesz chciał. ;)

Szef całuje Blaineley w policzek.

Szef: To jest powód, z którego się cieszę, że ciebie mam. ^^

Blaineley: Och, nigdy nie byłeś taki czuły w programie, a przy mnie tego nie szczędzisz. To mi się podoba w prawdziwym facecie :*

Szef uśmiecha się do Blaineley.

Szef: Wiesz, że nigdy tobie nie szczędzę prawdziwej miłości. Mam jeszcze drugie hobby. Mogę?

Wyjął z plecaka megafon.

Szef: POBUDKA UCZESTNICY!

Gdzieś obok Chris zaczął się mazać, mimo że wcześniej jego celem było pozbycie się makijażu. Po części mu to pomagało, jednak jego łzy nie były powodem desperackiego zmycia niedoskonałości. Było mu przykro oraz wspominał czasy, kiedy to on rządził w Totalnej Porażce.

Chris: Do tej pory pamiętam, jak to Blaineley była zwykłą durną uczestniczką.

Śmiał się.

Chris: Ta reakcja, kiedy ją wypchnąłem z samolotu w Totalnej Porażce w Trasie. Ach… wspomnienia <3

Otarł ostatnią łzę i już więcej nie płakał. Zdecydował, że całkowicie pozbędzie się makijażu z pomocą… wody Mekongu. Przetarł twarz oraz spoglądał na zawodników, którzy się budzili, a Szef ich pospieszał. Nagle znowu zaczął płakać.

Chris (PZ): To już nie ta sama Totalna Porażka… pozostaje tylko tytuł…

Wyjął chusteczkę i zaczął w nią smarkać nos.

Szef zbudził już wszystkich uczestników.

Jasmine: Jak się spało?

Sky ziewała.

Sky: Nie zmrużyłam oka. Za bardzo się podekscytowałam na wieść o tym sezonie raczej.

Sky (PZ): Rzecz jasna nie za bardzo podoba mi się to miejsce oraz mam nadal część swojej nagrody z wyspy Pahkitew. Pamiętam, jakim ostatnio byłam chamidłem. Skoro Odkupienie to miał być program, w którym rehabitulujemy się z poprzednich akcji, czemu by nie spróbować wykorzystać trzeciej szansy? Jeśli wygram show, to będzie jeden z największych cudów. Kto jeszcze znajduje się w programie? Rzecz jasna Dave. Ten to pewnie zamierza spiskować przeciwko mnie. Oby szybko stąd zniknął. Wolę o nim całkowicie zapomnieć.

Samey: Spało się nie tak źle.

Samey (PZ): Pamiętam, jak Amy często wyrzucała mnie z domu. Myślicie, że się poddałam? Wpuściłam jej do pokoju karaluchy, a sama zasnęłam w garażu, gdzie mama miała tam swoją prywatną szafkę. W niej to się działy różne rzeczy, o których zapomniałam. Tak jakoś. Złe rzeczy prędko się zapomina. xD

Lindsay była cała zakopana w piasku. Od razu się z niego wydostała.

Lindsay: Nawet nie wiecie, jak tutaj było niewygodnie! :c

Tyler i Alejandro zaczęli wyśmiewać Lindsay.

Alejandro (PZ): Rzecz jasna to mój pomysł <3

Jocelyn przykucnęła obok Lindsay.

Jocelyn: Masz jeszcze sporo na włosach.

Lindsay: Weź to ze mnie!

Jocelyn: Dobra, tylko się nie wierć.

Obie wytrzepują włosy Lindsay.

Jocelyn: Teraz jest lepiej.

Izzy zaczęła się gimnastykować razem z Lightningiem. Ich “doping” wyglądał dość zabójczo, ponieważ Izzy ujeżdżała Lightninga, a ten robił pompki. Izzy cały czas sztachała się skórzaną kurtką chłopaka, a ten w białym podkoszulku cały czas ćwiczył. Po zakończonej serii Izzy i Lightning zaczęli się namiętnie całować.

Brick: Hola, hola! To nie jest Big Brother, żebyście się tarzali, gołąbki!

Izzy: Masz całkowitą rację! :DDD

Zeszła z Lightninga i następnie zaczęła robić aniołka na piasku. Następnie wzięła jego garść i rzuciła nią w krzyczącego Bricka. Sporo drobnego materiału skalnego przedostało się do ust chłopaka i ten musiał wszystko wypluwać.

Cody natomiast spał blisko Sierry. Intrygowało to Matti’ego, który podszedł do pary trochę bliżej.

Matti: Siema.

Oboje nadal spali.

Matti: Chyba nie powinienem wam przeszkadzać.

Sierra nagle się obudziła.

Sierra: Kolejny program? Życzę wszystkim powodzenia! ^^

Bridgette, Dakota, Heath, Izzy, Jasmine, Jocelyn, Kathy, Lightning, Lindsay, Matti, Owen, Sam, Samey i Sky: Wzajemnie!

Sierra uśmiechnęła się do nich wszystkich.

Sierra: Dzięki.

Podeszła do śpiącego jeszcze Cody’ego i usiadła obok niego, klęcząc na kolanach i przysiądając tyłkiem na stopach. Wreszcie zwraca uwagę na Matti’ego, który się przysiada koło niej.

Matti: Jak tam wam się tutaj podoba?

Sierra: Jest ok, nie mam na co narzekać.

Nagle czuje, że coś ją szczypie w zad. Wstaje, a obok jej lewego pośladka przyczepił się krab.

Sierra: Wybaczysz mi na chwilę? ;-;

Sierra nagle usiadła na kamieniu, przygniatając dupskiem kraba, po czym wstaje i wraca na swoje miejsce.

Sierra: Już jestem. Coś chciałeś?

Sierra (PZ): Tak szczerze to się nastawiłam psychicznie na to, że nie będę miała łatwo ze względu na Plejadę Gwiazd. Parę osób z tamtego sezonu bierze tutaj udział, ale mam nadzieję, iż przynajmniej dotrę do połączenia. Jeśli zajdzie taka potrzeba, ja i Cody będziemy siebie nawzajem osłaniać, chociaż oczywiste jest, że w wyzwaniach fizycznych ja będę częściej osłaniała jego. Jest moim przyjacielem i wyleczyłam się z obsesji na jego punkcie. Jeśli nadarzy się taka okazja, zostaniemy parą bez żadnych szaleństw B)

Gdzieś obok Dave oraz Heath spali nie na pustyni, ale na górce (konkretnie na jakiejś limonkowej trawie). Dave budzi się cały mokry i wrzeszczy, budząc przy okazji swojego towarzysza snu.

Heath: Musisz tak wrzeszczeć? ;-;

Dave: Nie widzisz, jak tu jest mokro?!

Heath lekko dąsa głową, następnie wzdycha i odpowiada mizofobicznemu koledze.

Heath: A to nie wiesz, że w prawach przyrody jest coś takiego jak rosa?

Dave: Jestem brudny! Tylko to się liczy! >:/

Heath: W teorii to tylko woda, opanuj się człowieku.

Heath westchnął oraz postanowił odejść od Dave’a. Ten jednak nadal panikował. Jego krzyki usłyszała także Dawn, która nagle “podniosła się” z ziemi. Odkrycie chłopaka zszokowało go jeszcze bardziej niż fakt, że był cały mokry. Dawn “podfrunęła” do niego.

Dawn: Widzę, że zażyłeś porannej kąpieli. xD

Dave: To jest aż takie śmieszne, huh?

Dawn się lekko zaśmiała.

Dawn: Spokojnie, to tylko woda :)

Położyła rękę na jego ramieniu. Nagle Sky odwraca się w stronę pagorków i była zszokowana tym, że Dawn dotyka Dave’a. Jasmine widzi od razu, że jej koleżanka się niepokoi.

Jasmine: Coś się stało?

Sky: Spójrz na nich!

Wskazuje jej palcem na Dave’a i Dawn. Jasmine machnęła na to ręką.

Jasmine: Spokojnie. Próbuje w tobie wzbudzić jakąś zazdrość. Spójrz na to z innej strony. Jak jesteś wolna, nie będziesz musiała od niego dbać, on odpadnie i troski znikną. Wystarczy, że go zignorujesz.

Sky mruży oczy i nadal patrzy w tamtą stronę.

Jasmine: A teraz, kiedy powiem trzy, odwrócisz swój wzrok i przestaniesz o nim myśleć. Gotowa?

Sky: Dobra.

Otrząsnęła się i spogląda na przepiękną rzekę Mekong.

Jasmine: Zuch dziewczyna. ;)

Przybiły żółwika.

Na plaży nie było jeszcze dwóch osób - Dakoty i Sama. Oboje zdecydowali się na pieszą wycieczkę w stronę rzeki Mekong. Dakota głównie zachwycała się widokiem pelikanów, które odbywały swój taniec na małej pustyni. Owa pustynia była złożona z wielkich, czarnych, chropowatych skał. Skały te były zbudowane z drobnych, błyszczących kamyków. W pełni świeciły one jasnym blaskiem, aż raziło oczy. Dakota miała na sobie okulary przeciwsłoneczne, dlatego mogła cały czas powidziać taki widok, gorzej z Samem. Ten bez przerwy zasłaniał swoje oczy, aby słoneczko go nie raziło.

Dakota: Tutaj jest tak cudownie… <3. Czemu każdy mówi, że te miejsca są niebezpieczne?

Na jej głowę spadła ryba. Nagle większość pelikanów ruszyła w stronę zakochanej pary. Dakota błyskawicznie rzuciła rybę do wody i zaczęła uciekać, pociągając za sobą Sama. Ptaki od razu zaczęły się przepychać wzajemnie, który z nich zasługuje na taki kąsek. Zaskakującym faktem będzie to, że wielka, błękitna meduza przywłaszczyła sobie ofiarę, ciągnąc ją w dno nurtu rzeki. Pelikany odleciały.

Dakota (PZ): Ta ryba była taka obślizgła… Nie wiem, czego bałam się bardziej. Tej ryby czy tego, że pelikany próbowały ją zeżreć? :o

Sam (PZ): Pelikany. Takie określenie na ludzi, którzy dają się na coś nabrać. Czaicie? xD

Zaczął się śmiać.

Blaineley spogląda na swój zegarek. Nagle podjeżdża jakiś samochód, którym interesują się (jak zawsze) zawodnicy.

Bridgette: Ktoś jeszcze ma dołączyć do programu?

Osoba prowadząca samochód otwiera drzwi i wychodzi z dostawą placków po zamojsku dla Blaineley. Ta od razu przygotowała nóż.

Blaineley: Pychotaaaa! <3

Reakcja zawodników była oczywista, aczkolwiek różnorodna. Część wybuchnęła śmiechem, reszta wyrażała jednak niezadowolenie z tej sytuacji.

Fabian: Halo, to jest nie fair! My też chcemy takie warunki!

Dawid: Wracaj do dziczy, dzieciaczku. xD

Fabian (PZ): Jestem lepszy od tych wszystkich debili razem wziętych. Co oni wiedzą na temat tego programu? Kompletnie nic. Ja posiadam strategię, wychowywałem się w lesie, więc doskonale potrafię znieść tutaj każde warunki. Ich stać tylko na to, żeby się ładnie ubrać i nie posiadają ani grama inteligencji.

Dawid (PZ): Jakieś dziecko lasu przyjdzie nas pouczać. Nuuudaaa… Zanim dołączyliśmy do programu, dowiedzieliśmy się coś od siebie dzień przed zjawieniem się w Kambodży. Uzbrojenie w cierpliwość jest najważniejsze, czeka mnie zabawa z pozostałymi towarzyszami gry.

Blaineley zajada się plackiem. Szef odstawił swoje pudełko obok niej w nadziei, że ta czasem nie weźmie jego porcji. Chris dołączył do prowadzących.

Szef: Blaineley.

Blaineley: Tak? ‛mówiąc z pełnymi ustami’

Szef się wzdrygnął, kiedy widział dziewczynę, która jadła i jednocześnie odpowiadała mu na różne jego zachcianki. Zaciekawieni uczestnicy, którzy swoją drogą nie mieli lepszych zajęć, niż tylko czekać na swoich prowadzących-animatorów, chętnie spoglądali na każdy ruch Blaineley i reagowali śmiechem.

Szef: Nie śmiejcie się, dzieciaki.

Macha do nich rękoma, co bardziej rozkręca biorących udział w sezonie. Szef postanowił, że zmieni ton głosu na ostrzejszy, aby każdy ponownie odczuwał przed nim respekt.

Szef: W szeregu zbiórka!

Głos Szefa ostentancyjnie wzbudził w zawodnikach mieszane uczucia. Zaczęli pospiesznie wykonywać rozkazy Szefa, nawet był ktoś, kto się spóźnił. Szef wytropił tę osobę.

Szef: Miło mi ciebie widzieć, cwaniaku!

Szef złapał gagatka za tył jego koszulki. Był to Dave. Sky trochę wychyliła się z tyłu i przerażona spoglądała na chłopaka złapanego przez prowadzącego.

Szef: Nie toleruję spóźnialstwa. Jeszcze raz tak zrobisz i się policzymy.

Odrzucił go na sam koniec, a ten upadł na ziemię. Odruchowo strzepał z siebie piach z ubrań i stanął na końcu kolejki. Szef spojrzał na gromadę osób. Nagle się do nich podle uśmiechnął.

Szef: Mam dobre wieści ;)

Blaineley skończyła jeść i podeszła do Szefa z jego jedzeniem. Część uczestników spuściła nerwy i znowu zachichotała pod nosem. Hatchet nie zwracał już na to uwagi, toteż pozwolił Blaineley na kontynuowanie gry. Ta chrząknęła i od razu zabrała się do rzeczy.

Blaineley: Witamy w Kambodży… musiałam to powiedzieć, ktokolwiek mi przerwie, czeka go wyprowadzka do pola, na którym rosną kaktusy, od razu będziecie deportowani na Saharę oraz sami sobie znajdziecie drogę do domu. ^^

Świerszcz.

Blaineley: A teraz chwila, na którą wszyscy czekaliście.

Chris wypchnął Blaineley z anteny.

Chris: ZNALEŹLIŚMY DLA WAS DOMKI!

Kathy zaczęła piszczeć z radości, Amy ją od razu uciszyła.

Amy: Spokojnie, jeszcze nie wiemy czy będziemy mieszkać w jakichś szałasach…

Kathy: E tam, każde miejsce jest lepsze od zimnego piasku B)

Jasmine: Z tym się zgadzam.

Amy: A ja nie.

Lekko kiwnęła głową i dalej spoglądała na Chrisa.

Kathy: Wyluzuj.

Amy: Ja jestem spokojna?

Nerwowo spogląda na dziewczynę, a następnie mruży oczy.

Amy (PZ): Mam to do siebie, że potrafię nerwowo reagować nawet w błahych sytuacjach. Błagam, niech ona mi tego nie ma za złe. ;-;

Kathy (PZ): Amy jest jakaś specyficzna. Wiem, że to pewnie jej jakieś sztuczki, bo się wybieliła po poprzednim sezonie od wszystkiego. Człowiek może się zmienić, ale żeby tak nagle i od razu? Wow, nie ufam jej za grosz, nawet po tej przemianie nie przypadła mi ani trochę do gustu.

Dakota: Idziemy już do tych kampusów?

Chris: Chwila, czy ja powiedziałem kampus? No dobra, za mną!

Domki w Kambodży

Chris, Blaineley, Szef, a także dwudziestu sześciu uczestników sezonu przebyło trzy kilometry. Po drodze mijali piasek, wodę, piasek, wodę i - tutaj was zaskoczę - piasek! Po tej niespodziewanej, pełnej chaosu i zgrozy drodze uczestnicy znaleźli domki. I to nie byle jakie. Wszak nie były to hotele rodem Trivago, pięciogwiazdowe wille niczym Playa De Los Przegranos, aczkolwiek standardowa chatka, która nie miałaby szans podczas spotkania z ogniem. Na szczęście wytrzyma silne wiatry, huragany (które w Kambodży mogą się zawsze przydarzyć). Na widok miejsc, w których będą mieszkać, niektórzy popadli w zdumienie. Niektóre dziewczyny zaczęły nawet głośno protestować.

Dakota: Nieeee!!! Dlaczego to nie jest zwykły domek?!

Lindsay: Moje włosy się zniszczą! Tu nie ma okien!

Heath: Wiesz, tu nie ma nawet drzwi.

Wskazuje jej na “domek” z charakterystycznym, spiczastym, trójkątnym dachem, który miał okna, ale Lindsay, jak to nasza kochana blondynka, zawsze musiała przekoloryzować sprawę. Okna były powybijane, a w ich miejsca ktoś wstawił przezroczyste szkło. Z jedną rzeczą trzeba się zgodzić, to szkło przypominało, jakby w ogóle ktoś zbagatelizował sprawę, a szyba była wybita w całości. Sytuację komplikuje brak jakichkolwiek drzwi, białe ściany, które były wymazane krwią, moczem, miesiączką, tutaj wstaw sobie jakikolwiek kolor patologii. Drewno spróchniałe, zwiędłe kwiaty na balkonie, tego pobojowiska nie dało się opisać.

Cody: I myślisz, że ktokolwiek o zdrowych zmysłach spędzi tutaj… ‛na palcach przelicza zawodników’ ...ponad pół roku i wytrzyma? Wszyscy zrezygnują już po tygodniu!

Szef miał ochotę wymyślić Chrisowi kolejny sprośny dowcip. Stanął przed uczestnikami i opowiedział im anegdotę.

Szef: Co tam? Chris próbuje nas zrobić w bambuko! On tam zamieszka!

Wrzucił Chrisa do domku i nagle wyjął z lasu drzwi, które przybił gwoździami. Skąd wziął gwoździe? Mógł je posiadać przy kieszeni oraz użyć ich w takich “zapasowych” chwilach. Uczestnicy stanęli rozjuszeni i znowu rozśmieszyła ich cała sytuacja. Chris zaczął krzyczeć, panikować, a następnie widzieliśmy go, gdzie rozbił przezroczystą szybę (tak, po rozwaleniu i tak wyglądało to tak samo, ale zniszczenie jest widoczne!) i wyskoczył. Nikt go nie złapał, dlatego wrył się w brukowy chodnik.

Szef: Podnosimy go?

Blaineley machnęła na to ręką. Wszyscy nie znosili Chrisa, dlatego jego desperackie czyny były dla nich niespecjalnie wzruszające, wręcz obojętne. Mieć Chrisa w głębokim poważaniu w tych czasach wydawało się normalne, ponieważ od momentu wyspy Pahkitew prowadzący zmieniali się praktycznie co sezon.

Blaineley: Pokażemy wam teraz prawdziwe miejsce, w którym spędzicie rzekome pół roku. Dzięki Cody.

Cody: Nie ma sprawy.

Dziwnie się zaśmiał, następnie wszyscy ruszyli do prawdziwych domków. Kiedy dotarli już na miejsce, część zawodników odetchnęła z ulgą. Wreszcie znaleźli PRAWDZIWE domki. Wyglądały nieco lepiej, jednakże nadal one nie przypominały pięciogwiazdkowych hotelów. Miały zwyczajne okna i drzwi oraz balkony, dużo bardziej przypominały chatki wypoczynkowe. Część zawodników nie posiadała się z radości, jaką obdarzył ich poprzedni żart, a także pospiesznie udały się do wszystkich chatek, gdzie rozpakowali swoje rzeczy.

Brick: No to jest życie!

Do domku razem z Brickiem weszli Dawn i Sierra.

Sierra: Co byście powiedzieli na zawiązanie sojuszu? :P

Brick i Dawn spojrzeli się na siebie dziwnie, po chwili jednak Dawn podle się uśmiechnęła.

Dawn: Jasne. To dobry plan.

Dawn (PZ): Drugi dzień, a już do mnie przypałętała się świruska, która ma obsesję na punkcie Cody’ego. Takimi towarami można najłatwiej manipulować :D

Sierra (PZ): To tylko gra, nie widzę nic złego w tym, że jestem w kimś z sojuszu.

Sierra: Fajnie, że tutaj będziemy, a jak dodamy Cody’ego, to już jesteśmy w czwórkę w grze!

Brick: A co z drużynami?

Sierra: Będziemy siebie po prostu nawzajem wspierać, przecież nie jesteśmy pierwszymi celami u wszystkich.

Dawn kiwnęła jej szybko głową na tak, wykonała dziwny uśmiech i następnie zaczęła rozpakowywać swoje rzeczy. Bricka zaskoczyło to, co chowała dziewczyna. Jedną drugą szafki zajęły różne herbatki ziołowe.

Dawn (PZ): Musiałam uczęszczać na wszelkie terapie po tym, jak Scott mnie wykorzystał. Nawet nie wiecie, jak chętnie rozprawiłam się z nim po Plejadzie Gwiazd ;)

Dawn zamknęła prędko swoją szafkę. Dźwięk jej spowodował, że Brick od razu się skulił.

Dawn: Wszystko okej?

Brick podniósł tylko kciuka do góry. Sierra natomiast położyła swoje ubrania na łóżku.

Sierra: Nie będziecie ich dotykać, prawda?

Brick: Jasne.

Kiedy Sierra wyszła, Brick postanowił zabawić się jej kosztem. Wyjął spod spodenek wodę i następnie oblał wszystkie jej ciuchy. Żeby uwiarygodnić “wypadek”, chłopak oblał górne łóżko nad Sierrą. Nagle Sierra wróciła z Cody’m.

Sierra: Zobacz, Cody, gdzie będziemy spać.

Pokazuje mu mokre łóżka. Nagle Cody i Sierra słyszą, jak ktoś obrywa butelką. Była to Lindsay.

Lindsay: Co to jest?

Brick: Rzuć to gdzieś!

Lindsay: Ok!

Rzuciła butelką w głowę Bricka i poszła. Sierra zaczęła panikować.

Sierra: MOJE UBRANIA! SĄ MOKRE! >_<

Dawn: O nie, kto to mógł zrobić?

Miała wywalone na dziewczynę oraz poszła medytować. Nagle Sierra zaczyna piszczeć, krzyczeć, a nawet wrzeszczeć, co na pewno pomogło Dawn w medytacji. Blondyna od razu do niej podeszła w celu uspokojenia jej, a także samej siebie, ponieważ widać było, że piski Sierry bardzo ją drażniły.

Dawn: Mogłaś po prostu nie zauważyć, że łóżko jest mokre.

Sierra: W sumie…

Dotknęła mokry materac górnego łóżka piętrowego.

Sierra: Masz rację. Gapa ze mnie.

Dawn się uśmiechnęła, a następnie wróciła na łóżko, aby pomedytować.

Dawn (PZ): Histeryczka… Będę musiała ją znosić przez początek, aby móc wywalić najsilniejszych, potem ona leci zaraz po nich.

W następnym domku znajdowały się Bridgette, Kathy, Jocelyn, Sky i Izzy.

Jocelyn: Całkiem przytulnie tutaj.

Sky zgadza się ze słowami Jocelyn.

Sky: Tutaj jest naprawdę przytulnie, zawsze można urządzić to po swojemu :p

Kathy: Masz na myśli jakieś większe zmiany?

Izzy: Ale będziemy się wymieniać w tych “pokojach”, co nie?

Kathy: Byłoby super! Tak jak na wycieczkach :D

Izzy: Wchodzimy do domku po prawej?

Kathy: Możemy iść, czemu by nie? :)

Wchodzą do następnego domku, gdzie widzą Lightninga i Samey.

Izzy: Błagam, zamień się! xD

Samey: No dobra, to za chwilę. Rozpakowałaś się czy jeszcze nie?

Izzy: Racja.

Zamknęła drzwi z trzaskiem.

Kathy: Cześć, Samey. Jak tam sobie radzisz ze złą bliźniaczką? :p

Samey: Już nie jest taka zła, postanowiła przemyśleć parę zachowań i od tej chwili jest już prawie jak nie całkiem normalną osobą.

Kathy: Pozory mylą. Może być przez pewien czas miła, a nagle znowu się zmieni w tę samą zdzirę, co podczas jej debiutu.

Samey: Spokojnie. Wiem, czego mogę się po niej spodziewać. Ma takie specjalne dwie sytuacje, w których zmienia się w potwora.

Samey uśmiecha się do Kathy, następnie spogląda na Izzy.

Samey: Ty też się tutaj przenosisz?

Kathy: Nieee, raczej zostanę z dziewczynami.

Samey: Ile was tam jest? Wiesz, nie chciałabym się pchąć na siłę.

Kathy: O ile się nie mylę, to mieszkam z Bridgette, Jocelyn i Sky.

Samey: Ooo, u was Jasmine nie ma?

Kathy kiwa głową na nie.

Lightning: Ja widziałem Jasmine z Shawn’em gdzieś trzy przecznice stąd.

Samey: Dzięki.

Wychodzi, nagle przychodzi Izzy z walizką.

Izzy: Dobra, Amy, to gdzie jesteś?

Kathy zakryła na chwilę swoją buzię, aby nie było słychać, że się śmieje. Delikatnie zachichotała, a następnie odkryła usta.

Kathy (PZ): Jak można mylić Samey z Amy? xD

Izzy: No dobra, nie zabroni mi przecież zrobić małego przemeblowania.

Spogląda na umieszczenie mebli. Było widać trzy łóżka, dwa naprzeciwko siebie, a trzecie gdzieś z boku po prawej stronie. Różniło się nieco od pozostałych dwóch, ponieważ było ono wykonane… z metalu, czyli ciężej było zniszczyć, ale po destrukcyjnej Izzy można wszystkiego się spodziewać.

Izzy: Nowa, zawołasz tę bliźniaczkę?

Kathy: Spróbuję.

Wyszła z ich pokoju.

Izzy: Może poszła zajarać?

Lightning: Ja tam paliłem przez rok i do tej pory tego żałuję.

Izzy: I bardzo dobrze C:

Położyła się na łóżku Lightninga, gdzie oboje zaczęli się miziać.

Izzy (PZ): Przede mną następny sezon i spodziewam się na dawkę niezwykłych wydarzeń. A z tyloma ludźmi to nawiążę tyle kontaktów, że głowa mała! B)

Samey zdecydowała się na poszukanie Jasmine. Nagle słyszy jakieś głośne mlaskanie w jednym malutkim domku. Ciekawa tego, co się świeci, otwiera drzwi, ale widzi coś naprawdę okropnego. Alejandro dosłownie maltretował Tylera, a pobladła Samey zamknęła szybko drzwi i opuściła nerwowo to miejsce. Zderzyła się z biegnącą Amy.

Amy: Patrz, jak biegniesz!

Potrząsa głową.

Amy: Wybacz. To tylko ty.

Samey: Nie szkodzi, moja wina. Pomóc ci wstać?

Amy: Sama sobie poradzę.

Wstała. Samey tylko pokazuje jej, co się dzieje za drzwiami.

Amy: Masakra. Dajmy gołąbkom na chwilę odpoczynku, potem wywalimy groźniejszego.

Słyszą nagle krzyki Lindsay.

Lindsay: JAKIŚ PAJĄK CHODZI MI PO ŁÓŻKU!!!

Powtarza się pierwszy odcinek Wyspy Totalnej Porażki. Prawie wszyscy (z wyjątkiem Alejandro i Tylera, którzy w najlepsze zajmowali się sobą… dobrze im się wiodło, nie powiem…) patrzyli z przerażenia na ogromnego robala, którego zamordowała przed chwilą swoim kozakiem. Pojawił się jeszcze jeden problem, ponieważ za pomocą buta Lindsay zarwała łóżko. Blaineley szybko interweniowała w tej sprawie.

Blaineley: Jak… jak… jak udało ci się szybko zniszczyć to łóżko? o.O

Lindsay: A zobacz sama!

Rzuca pająka na jej głowę, Blaineley panikuje i szybko zdejmuje robala z twarzy.

Blaineley: Jak śmiałaś rzucić w prowadzącą pająkiem? >:(

Lindsay: Przepraszam! Nie chciałam, naprawdę!

Blaineley: Duh…

Warknęła na Lindsay.

Blaineley: Masz szczęście, że jest coś gorszego niż ten robal, inaczej mogłabyś z tego wyciągnąć surowe konsekwencje, Lindsay.

Patrzy niechętnie na Chrisa.

Chris: Widzę, że już wszyscy się zebrali.

Szef: Niezupełnie.

Wypchnął do pokoju jeszcze dwie osoby: Alejandro i Tylera. Tyler był tylko w samych slipach, a Alejandro zakładał pasek od spodni.

Jasmine (PZ): Toleruję osoby homoseksualne, ale w takim wydaniu oni stwarzają do siebie zupełną niechęć. ;-;

Szef: Łajno jeszcze pozostało.

Lindsay rzuciła się na Tylera.

Lindsay: JAK MOGŁEŚ MNIE ZDRADZIĆ DLA ALEJANDRO? >_<

Policzkowała Tylera bez przerwy, Jasmine ją odsunęła.

Jocelyn: Wstyd mi za was, chłopaki. Alejandro, coś już nie jesteś tak męski bez Heather? ^^

Alejandro: Skądże, nowa Courtney.

Pocałował jej rękę, Jocelyn trochę się nabuzowała i kopnęła go w czułe miejsce.

Jocelyn: Odruch.

Wyjęła ścierkę i wytarła dłoń o nią, następnie wrzuciła ją do kosza.

Jasmine: Co tak nerwowo zareagowałaś na tę nową Courtney?

Jocelyn: Tak jakoś. Odruch porównywania mnie do jakiejkolwiek negatywnej postaci w tym show.

Jocelyn (PZ): Muszę się trzymać z daleka od tego pedała… ;-;

Szef: Czas na pierwsze zadanie. Zapraszam za mną.

Owen: Gra zaczyna się na poważnie B)

Bridgette: Ciekawa jestem, od czego zaczniemy.

Wyzwanie

Wszyscy znajdują się przy ognisku.

Sierra: No i gdzie jest to wyzwanie?

Chris: Tutaj. Bezsennotlon.

Lightning: Żartujesz sobie z Lightninga? ;-;

Fabian: To show jest takie prześmieszne. Najpierw przylecieliśmy z Kambodży kij wie jakim śmierdzącym samolotem, a teraz musimy nie dać zasnąć? Następnym razem zagrajmy w berka, okej?

Wypowiedź Fabiana lekko zdenerwowała Szefa.

Szef: Tak, synku. Nie przerywaj mi. Będzie bezsennotlon i koniec kropka!

Fabian (PZ): Co za psychol z tego Hatcheta. Nie dziwię się, jeśli zadaje się z taką maciorą jak Blaineley. ;-;

Szef: Waszym zadaniem będzie zwyczajnie nie zasnąć. Kto jednak to zrobi, odpada z wyzwania. Najlepsza osoba dostanie immunitet, a z resztą zobaczymy się na głosowaniu.

Dakota podnosi rękę do góry.

Szef: Co chciałaś, kruszynko?

Dakota: Można zrezygnować z wyzwania? :/

Szef potrząsał niezadowolony głową.

Szef: Tak… Można.

Nagle Dakota, Heath, Lindsay i Sam opuścili miejsce zadania. Szef tylko im bił brawa.

Szef: Minęła minuta, a poległy już cztery osoby. Ktoś ma jeszcze ochotę do nich dołączyć?

Pozostali kiwają głowami na nie.

Szef: I oby tak pozostało jak najdłużej.

Dakota, Heath, Lindsay i Sam mogli wrócić do swoich domków. Lindsay zaczepiała Heatha.

Lindsay: Cześć, Heath-er? :D

Heath: Yyy, ok?

Heath strofował się na myśl rozmawiania z blondynką. Ta nagle usiadła na schodkach i zaczęła mu opowiadać różne, fascynujące historie.

Lindsay: Wiesz, że umiem zrobić masło orzechowe?

Zaśmiała się.

Lindsay: Wystarczy wziąć do ust garść orzeszków, pomielić przez minutę, a następnie smakują one jak własnoręczne masło orzechowe! B)

Heath był zdziwiony słowami Lindsay oraz nie miał wielkiej ochoty jej słuchać.

Heath (PZ): Urocza, ładna, ale niezbyt inteligentna - zupełny stereotyp blondynki.

Lindsay: A próbowałeś kiedyś takiego masła orzechowego?

Heath: Nie.

Usiadł obok niej na schodach, chociaż niezbyt chciał, to nie miał lepszych zajęć.

Heath: Co cię tutaj sprowadza?

Lindsay: Samolot.

Heath westchnął. Nagle do wyeliminowanej czwórki po godzinie dołączyli Dawid i Sierra.

Sam: Czemu tak szybko do nas dołączyliście?

Dawid: Nudy… -.-

Sierra: A ja myślałam, że wyzwaniem trzeba było zasnąć i tak się oto tutaj znalazłam, bo Chris mnie wygonił.

Dakota: Interesujące.

Sierra przysiadła się do Dakoty i Sama.

Sierra: Jak tam po mutacji?

Dakota: Jakoś się trzymam ;)

Wyjmuje z kieszeni parę stówek.

Dakota: Z kieszonkowego odpadło mi 90%, a tatuś sporo dla mnie zainwestował, dlatego jeśli uda mi się wygrać nagrodę główną, odzyskamy część pieniędzy, które poszło na operację.

Sierra: Nooo, wyglądałaś jak potwór :d

Dakota: Ale to miało jedną zaletę. Nawet nie wiesz, jak przyjemnie rozwalało mi się dwadzieścia pięć aut Chrisa >:)

Sierra: Opowiedz! Też może znajdę jakąś inspirację. Zemścimy się za swoje eliminacje.

Minęło osiem godzin. Zbiegiem okoliczności był fakt, że cała szóstka, która odpadła wcześniej, zasnęła z wyjątkiem Dakoty i Sierry, które cały dzień spędziły na rozmowie ze sobą.

Sierra: Które wyzwanie było dla ciebie najniebezpieczniejsze?

Dakota: To, w którym płynęłam z Bridgette na pontonie. A najgorsze przeżycie? Ten psychol wystrzelił mnie trzy razy z armaty. A u ciebie pewna utrata włosów i to, że byłaś naprawdę blisko wygranej Totalnej Porażki w Trasie?

Sierra: Wcale nie. Nie to było najgorsze. Zdałam sobie sprawę, że obsesja Cody’ego bardzo przeszkodziła mi w życiu, szczególnie w Plejadzie Gwiazd, gdzie się przysapałam do Camerona.

Dakota wzruszyła ramionami.

Dakota: Błędne koło.

Sierra: Racja, ale Cody mi to wybaczył na szczęście.

Mijają następne trzy godziny. Owen, Izzy, Matti, Bridgette, Dave i Sky również zniknęli z pola wyzwania.

Alejandro (PZ): Ciężko tutaj zacząć od jakiejkolwiek strategii, jeśli doskonale wiesz, że nie jesteś tutaj nowy. Dodatkowo tutaj wszyscy praktycznie się znają, więc będą w siebie celować. Ja i Tyler rzecz jasna na pierwszy ogień. -.-

Alejandro i Tyler zasypiają pół godziny później, pozostawiając w grze jeszcze dwanaście osób.

Jasmine (PZ): Razem z Shawnem robiliśmy wzajemnie maraton horrorów i wytrzymaliśmy trzydzieści osiem godzin.

Nastał świt. Jasmine zasypia.

Shawn (PZ): Hm, pewnie przypomniała sobie o tym ostatnim filmie, który oglądaliśmy razem podczas maratonu. Opowiadał on o kocie z trzynastoma oczyma i jeśli jedna z ofiar zginęła, przebijano mu jedno oko. Nuuudy…

Minęły pełne 24 godziny, a jedenastka nadal się trzymała w najlepsze. Blaineley również zasnęła, co zdziwiło Szefa.

Szef: Powinna przecież po tej kawie jeszcze dwie wiosny trzymać. ;-;

Kiwa głową.

Szef: No nieważne, widzę, że się nadal nie poddajecie. Chris, idź popilnować wyeliminowanych, zanim zrobią coś szalonego.

Chris: Okej.

Udał się w milczeniu w stronę wyeliminowanych z zadania zawodników. Miał on w tym jakiś specjalny cel. W lewej ręce trzymał specjalny środek, mianowicie bombę. Jej zastosowanie wydawało się proste dla ludzi wykształconych, a Chris ją wyrzucił w stronę piętnastu obozowiczów. Ci nagle zasnęli w oka mgnieniu.

Chris: To ich powinno zatrzymać.

Wyjął z kieszeni koszuli proszek. Jego działanie było podobne do bomby nasennej, więc zaczaił się blisko spróchniałego, czerwonego pnia. Usiadł na pieńku i nagle poczuł swędzenie w tyłku.

Chris: Jak to boli!

Jego krzyki zbudziłyby zmarłych. Doskonale słyszał je Szef, który siedział z jedenastką dwa kilometry od niego. Nagle walnął w stół i ktoś się obudził.

Brick: Gdzie ja jestem?

Szef wskazał mu kierunek wyjścia.

Szef: W ciemnicy, synu. Opuść to miejsce, bo nie mogę patrzeć na oszustów.

Dawn gdzieś obok wzruszyła ramionami.

Dawn (PZ): Medytacja najwyraźniej nie podziałała.

Lightning: Mogę sobie iść?

Oberwał kamieniem od Szefa.

Szef: MOGŁEŚ IŚĆ NAWET DZIEŃ WCZEŚNIEJ!

Lightning: W takim razie Sha-Lightning opuszcza was! ^^

Na twarzy Dawn pojawia się uśmiech.

Dawn: I bardzo dobrze.

Dawn (PZ): Została jeszcze ósemka frajerów, niech się poddadzą.

Amy (PZ): Nie dam się tak łatwo wykiwać.

Jocelyn (PZ): Ta zabawa coś mocno się dłuży.

Nagle Aisha, Samey i Kathy w tym samym momencie zasypiają. Zostaje już tylko sześć osób.

Cody (PZ): Strasznie jestem zmęczony, ale to już jest taki stopień, że w ogóle nie czuję zmęczenia. Już wiem jak to wyglądało z Gwen.

Dawn co jakiś czas medytowała z otwartymi oczyma, Amy wytrzymała, nucąc coś bez przerwy pod nosem, Fabian strzelał dziwne miny do Cody’ego, Shawn nic specjalnego nie robił, a Jocelyn piła wodę.

Amy: Ty ile wody już wypiłaś?

Jocelyn: Trochę.

Zatyka buzię, ponieważ bęknęła.

Jocelyn: Przepraszam… ;-;

Fabian: Tutaj nie masz za co przepraszać. :)

Beknął na całą wyspę.

Dawn: Boże, jaki ty jesteś obrzydliwy. -.-

Poszła sobie.

Dawn (PZ): Debil >:(

Jocelyn (PZ): Wypiłam z cztery duże butelki, po których nie czuję się za dobrze.

Minęło 40 godzin. Piątka nadal utrzymywała się przy wyzwaniu, a reszta “magicznie” spała. Blaineley się obudziła.

Blaineley: Co mnie ominęło?

Szef: Nic ciekawego. Została już tylko piątka.

Spogląda na Cody’ego, który chrapie.

Szef: Tylko czwórka.

Nagle Chris podchodzi do Cody’ego i sypie na jego ubrania jakąś dziwną substancję. Wszystko widzą Blaineley, Szef, Amy, Fabian, Jocelyn i Shawn.

Amy: Chwila, co ty wyprawiasz?

Próbuje tej substancji i nagle zasypia. Blaineley jest oburzona na Chrisa.

Blaineley: Ty ich trujesz?!

Wyjęła ziarno z ust Amy. Ta nagle się budzi.

Amy: Odpadłam przez tego frajera? ;-;

Zasunęła mu w brzuch i opuściła las.

Chris: TAK… );'>

Blaineley: Nie baw się w następnego Alejandro. ;-;

Chris rzucił w nią prochem i ta położyła się spać. Szef zaczął gonić Chrisa. Fabian zaczął się chytrze śmiać i podłożył coś Szefowi pod siedzenie, następnie wrócił na miejsce.

Jocelyn: Polecam ci, abyś niczego nie próbował. Szef potrafi być bardzo złośliwy.

Fabian: Młoda jesteś, to się zajmij tym żałosnym programem.

Jocelyn przewraca oczami.

Jocelyn: Jak tam u ciebie Shawn?

Shawn: Wszystko ok, nawet nie czuję zmęczenia xD

Jocelyn: Minęło już 60 godzin. Aż chylę czoło Gwen za wygranie wyzwania.

Shawn: Gwen jest spoko. Szkoda, że już nie bierze udziału w programie.

Fabian założył ręce i tylko głaskał po głowie Jocelyn. Ta miała na to wywalone.

Jocelyn (PZ): Nawet przyjemne uczucie… ;]

Fabian (PZ): Błotny masaż nikomu nie zaszkodził.

Szef wrócił na swoje miejsce. Usiadł i poczuł, że siada na czymś miękkim i nieprzyjemnym.

Szef: Ok?

Nagle próbuje wstać, ale nie jest w stanie.

Szef: Chriiiis!

Odpowiada mu tylko cisza. Nagle Jocelyn spogląda na swoje włosy, które są całe brudne.

Jocelyn: Osz ty mały!

Fabian tylko podle się zaśmiał.

Fabian: Jesteście wszyscy żałośni. Możecie mnie całować w tyłek.

Jocelyn: A w sumie…

Podeszła do niego, wzięła trochę błota z włosów i zaczęła go klepać po tylnej części ciała. Szef miał z tego ubaw, aż nagle wstał z krzesłem przyczepionym do niego. Shawn zmrużył oczy i poczuł, że za chwilę zaśnie.

Shawn (PZ): Postaram się wygrać dla Jasmine, obiecałem jej to. >_<

Szef nagle zaczął krzyczeć, co pobudziło Shawna do wytrzymania.

Szef: Ktokolwiek zrobił ten dowcip, proszę się natychmiast do niego przyznać! >:(

Fabian uśmiechnął się podle w stronę Szefa i wyszczerzył swój ryj w jego stronę. Szef warknął na niego niczym wściekły byk na corridzie, ten nadal jednak nie rezygnował ze szczerzenia okropnej mordy z żółtymi zębami.

Szef: MASZ MI COŚ DO POWIEDZENIA?!

Fabian: Tak, abyś się zaraz nie zesrał. ;>

Szef: Możesz mieć przewalone. Gwarantuję. ;)

Tuż obok skradła się Blaineley z kanapkami. Biorąc ostatniego gryza, podchodzi bliżej do Szefa Hatcheta i zauważa dziwny przedmiot. Sam fakt, że Szef latał z krzesłem, wydawał się dla Blaineley niezwykle absurdalny.

Blaineley: Musiało ci się coś przyczepić do siedzenia.

Szef: Tak?

Szef spojrzał w tył. Blaineley spoglądała na Fabiana, który chyba uknuł sobie jakiś specjalny cel.

Blaineley: Młody, co zrobiłeś? >_>

Fabian: Coś ciekawego, słodziutka. :*

Posłał jej całusa. Blaineley się skrzywiła.

Blaineley: Ja wiem, że ty pochodzisz z patologicznej rodziny, która ciebie nie szanowała, ale to nie powód, abyś i ty tak musiał się zachowywać. O ile pamiętam, było to dla ciebie traumą.

Fabian: Kto ci takie farmazony naopowiadał? Musiałaś sobie sporo botoksu nałożyć, aby dać wcisnąć sobie tak łzawą historyjkę. Wy mnie tak łatwo nie wywalicie. Jesteście frajerami, którzy nie umieją sobie spojrzeć w oczy, a dostali tę pieprzoną posadę tylko dlatego, że jesteście starsi i nie ma takich drugich osób, które chętnie wzięłyby posadę, żeby się poznęcać nad naiwnymi nastolatkami. Wy naprawdę myślicie, że ktoś wygrywa ten program? Tutaj trzeba wykazać się strategią, a nie, jestem sobie takim Szefem, który jest pachołkiem McLean’a i nic nie zrobił ciekawego oprócz noszenia gejowskich, kolorowych sukienek! A ty? Zachowujesz się jak prostytutka, która uważa, że jest sławna, bo pierwotnie to ona prowadziłaby te show, ale oddała jakiemuś homoseksualnemu lalusiowi z przyrostem ego większym niż ludność w Indiach. Teraz nagle zachciało ci się sławy w takim wieku? A ile to już operacji plastycznych masz za sobą? Przyznaj się, że w tobie ani grama naturalności. Nie umiesz odpysknąć? Szkoda, na wszystko masz scenariusze, niby wszystko umiesz zrobić, bo masz jakichś łatwowiernych fanów, którymi się wysługujesz. No cóż, każdy ma jakiś określony cel - z ciebie zrobią wyimaginowaną postać, wystarczy tylko posąg i będziesz niczym bogini żenady. Taki mamy showbiznes, jesteście kreaturami, których żądają widzowie, a w rzeczywistości pogrążacie się jak typowi celebryci - brakuje jeszcze częstowania narkotykami, ale i tak to nic w porównaniu do tego, co robiliście przez te wszystkie dziesięć, dwanaście czy pięćdziesiąt osiem sezonów.

Szef zezłościł się do takiego stopnia, że… usiadł na krześle, jednocześnie je łamiąc. Blaineley spostrzegła, że Szef miał przyczepioną gumę do pośladka, którą od razu oderwał. Zezłoszczony od razu wczepił gumę na włosy chłopaka.

Fabian: TY PRZEROŚNIĘTY DZIADU!

Szef: Mam ciebie dosyć.

Poszedł, a Fabian rzucił się na Blaineley.

Fabian: Będziesz cierpieć razem ze mną!

Blaineley: Zostaw mnie!

Fabian zaczął ją szarpać za włosy (jak?), a Blaineley zadrapała “delikatnie” jego twarz.

Blaineley (PZ): Nie wierzę, że to zrobiłam, ale tak wygląda samoobrona. A przynajmniej tak wygląda według mnie.

Szef nagle wziął wielką listewkę, po czym walnął z całej siły w twarz oszpeconego dzieciaka i użył… zraszacza. Miał on tak wielką siłę, że “odsunął” Fabiana na parę ładnych metrów, po czym ten walnął z całej siły w drzewo, nabijając kilkanaście guzów. Wszyscy (to znaczy ci, którzy nie zasnęli, m.in. Blaineley, Szef, Jocelyn i Shawn) otoczyli Fabiana. Shawn od razu na widok chłopaka z obrażeniami zemdlał, po czym zaczął chrapać.

Jocelyn: Jakaś apteczka?

Szef opatrzył na szybko chłopaka.

Szef: Wyliże się z tego, jednak nie w tym programie. Mógł do mnie nie zaczynać. ;)

Blaineley: Eee tam. Dobrze postąpiłeś. ;)

Jocelyn: Nie możemy go tak zostawić.

Szef wzruszył ramionami.

Szef: Ja mam jakiś pomysł.

Wziął jeszcze raz zraszacz. Blaineley i Jocelyn próbowały go powstrzymać od tego pomysłu. Szef włączył na maksymalną moc, następnie użył urządzenia, po czym Fabian wyfrunął bardzo daleko, aż za Kambodżę.

Blaineley: Jak wielką moc posiada ten zraszacz? -.-

Osłabia jego działanie.

Szef: Nie wiem, trochę.

Blaineley ochlapała go zraszaczem.

Blaineley: Normalny ty jesteś? Wpadasz na tak genialne pomysły, że masakra. Zraszacz Wstydu?

Szef: Przekierowałem go do najbliższego szpitala. Tak samo jak Katapulta Wstydu, przecież nic im się nie stanie.

Blaineley: Miejmy nadzieję. Nie biorę za to odpowiedzialności. Zaraz, została tylko Jocelyn?

Jocelyn: Jestem.

Blaineley podnosi jej rękę do góry.

Blaineley: Zatem ogłaszam, że Jocelyn wygrywa wyzwanie! Wytrzymała aż 62 godziny bez snu! Pewnie jesteś z siebie dumna, co nie? xD

Jocelyn: Trochę.

Blaineley opuszcza wiotką rękę dziewczyny.

Blaineley: Zapewne jesteś bardzo zmęczona jak my wszyscy tutaj. Ta bomba i Chris się ogarną w końcu?

Szef: Nie wiem, ten goguś ma za zadanie ich obudzić.

Blaineley wyciąga telefon.

Blaineley: Ja zadzwonię, Jocelyn, możesz iść spać.

Jocelyn: Niepotrzebne mi to jest chyba.

Blaineley: W nagrodę nie musisz brać udziału w następnym wyzwaniu.

Jocelyn: A co z immunitetem?

Blaineley: Ten dzieciak wyleciał, bo w sumie… nie wiem, wyleciał z powodu obrażeń, bądźmy łagodni, co za tym idzie, że ceremonia się już odbyła i wykorzystałaś swoją nietykalność.

Jocelyn: No dobra. Życzę udanej nocy.

Idzie w lewo. Blaineley wbija numer i Szef omawia odcinek.

Szef: Odcinek był wyjątkowo nudny, bo graliśmy w bezsennotlon, ale miejmy nadzieję, że uda nam się nakręcić jakiś ciekawszy materiał oraz będą postępy w rozpatrywaniu całej Kambodży. Gra odbędzie się na serio, ale niczego nie gwarantujemy. Bez prawdziwej gry mamy tylko dwudziestu pięciu zawodników. Dowiemy się czegoś nowego? Wszyscy?

Nagle widzi Chrisa z drugą bombą.

Szef: Jak nas uśpisz to…

Chris: Spokojnie. Obudzę ich wszystkich, zbliża się przecież kolejna noc. ;)

Szef zabrał mu bombę i roztrzaskał ją na czole lalusia. Ten od razu poszedł spać.

Szef: Oglądajcie nas w kolejnym odcinku Odkupienia Totalnej Porażki: Przygody w Dzikiej Kambodży!

Zaciemnienie.

Materiał dodatkowy

Szpital w Tajlandii. Trafiło tam dziesięcioletnie dziecko z oparzeniami trzeciego stopnia, rozbitą głową i połamaną szczęką. Od razu zajął się nim doktor. Fabian trafił na ostry dyżur.

Doktor: Czy wszystko w porządku?

Fabian mówił bardzo wyraźnie, ale koniecznie chciał coś powiedzieć. Wyszło, jakby bulgotał bąbelkami.

Fabian (niewyraźnie): Zemszczę się na wszystkich, którzy umieścili mnie na końcu! Moja pomsta będzie krwawa i nielitościwa!

Doktor: Nah, cokolwiek się z tobą stało, nie jest dobrze.

Przystąpił do operacji. Fabian nagle wyjął z kieszeni jakąś tajemniczą flaszkę i spoglądał na nią szalonym, zabójczym wzrokiem. Doktor od razu zauważył tę miksturę i wyrwał Fabianowi z rąk. Ten zaczął płakać, krzyczeć i dusić się, doktor zawołał paru innych lekarzy.

Doktor: Zaopiekujcie się nim. Musi on wyzdrowieć, a przede wszystkim czeka nas długa noc, bo nie wiemy, jak on tutaj się dostał.

Lekarze otoczyli Fabiana i wykonywali posłusznie polecenie doktora.

Zaciemnienie, napisy końcowe.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.